Zbigniew Ziobro znów wystąpił w roli obrońcy wolności słowa. Problem polega na tym, iż im częściej były minister sprawiedliwości sięga po ten argument, tym wyraźniej widać, iż rozumie go opacznie — jako przywilej dla „swoich” i zagrożenie, gdy korzystają z niego inni. Najnowszy wpis Ziobry w serwisie X, odnoszący się do amerykańskich sankcji wizowych wobec europejskich urzędników i aktywistów, odsłania ten paradoks w pełnej krasie.
Punktem wyjścia była informacja podana przez BBC: Departament Stanu USA objął zakazem wjazdu pięć osób, określonych jako „radykalni aktywiści”, którzy mieli „prowadzić zorganizowane działania, by zmusić amerykańskie platformy do cenzurowania i tłumienia amerykańskich punktów widzenia”. Na liście znalazł się m.in. były komisarz UE Thierry Breton, współtwórca unijnego rozporządzenia o usługach cyfrowych (DSA). Akt, który w Unii Europejskiej ma ograniczać dezinformację i wzmacniać prawa użytkowników, w narracji amerykańskiej administracji został przedstawiony jako narzędzie cenzury.
Breton odpowiedział krótko i znacząco: „Do naszych amerykańskich przyjaciół: cenzura nie jest tam, gdzie myślicie”. Podobnie wypowiedzieli się przedstawiciele organizacji pozarządowych objętych sankcjami, wskazując, iż decyzja Waszyngtonu jest „autorytarnym atakiem na wolność słowa”. W normalnych okolicznościach mogłaby to być okazja do poważnej debaty o granicach regulacji, odpowiedzialności platform cyfrowych i ryzyku nadużyć władzy. Dla Ziobry stała się jednak kolejnym paliwem ideologicznym.
„I to jest właśnie — proszę unijnego lewactwa — prawdziwa wolność, a nie wasze zakłamanie, hipokryzja i terror politycznej poprawności” — napisał były minister. Dalej było już tylko ostrzej: oskarżenia o zakazy modlitwy, skazywanie nauczycieli za „nauczanie o dwóch płciach”, ingerowanie w wybory i „walkę z prawdą”. Całość zakończył hasłem: „Stop cenzurze!”. Retoryka znana, wielokrotnie sprawdzona, oparta na emocjach i uproszczeniach.
Problem w tym, iż Ziobro, który dziś tak chętnie powołuje się na wolność słowa, przez lata sprawowania władzy miał z nią poważny kłopot. Jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny firmował rozwiązania, które wywierały presję na sędziów, media i organizacje społeczne. Krytyków władzy stawiano przed sądami, a publiczne instytucje wykorzystywano do dyscyplinowania niepokornych. Wtedy wolność słowa rzadko pojawiała się w jego wystąpieniach.
Dziś Ziobro przedstawia amerykańskie sankcje wizowe jako triumf wolności nad cenzurą. To logika na opak. Zakaz wjazdu, wydany administracyjną decyzją, wobec osób krytycznych wobec wielkich platform i dezinformacji, trudno uznać za akt poszerzania swobód. Raczej przeciwnie: to narzędzie nacisku państwa wobec niewygodnych głosów. jeżeli to ma być „prawdziwa wolność”, to jest ona rozumiana jako wolność silniejszego do uciszania słabszych.
Ziobro zdaje się nie dostrzegać tej sprzeczności albo — co bardziej prawdopodobne — ignoruje ją celowo. W jego wpisie nie ma refleksji nad tym, iż walka z dezinformacją nie musi oznaczać cenzury, a regulacje mogą służyć ochronie debaty publicznej, a nie jej tłumieniu. Jest za to znany schemat: podział na „nas” i „ich”, moralne potępienie przeciwników i odwołanie do abstrakcyjnej wolności, która działa tylko w jedną stronę.
Najwyraźniej Ziobro ma problem z wolnością słowa właśnie wtedy, gdy nie on decyduje, kto i w jakich granicach z niej korzysta. Jego entuzjazm wobec amerykańskich zakazów wizowych pokazuje, iż „stop cenzurze” w jego wykonaniu oznacza raczej „stop tym, którzy mówią inaczej niż my”. A to z wolnością słowa ma kilka wspólnego — niezależnie od tego, jak głośno się o niej krzyczy.






